Niewykła 15-miesięczna podróż poślubna naszej przewodniczki

Kategoria
Podróże

Anna Cybińska, przewodniczka Africaline i Worldline wraz z mężem odbyła niezwykłą podróż poślubną dookoła świata. Czy wielomiesięczna podróż ma więcej wad czy zalet? Jak to jest, kiedy przez 1,5 roku codziennie budzisz się w innym miejscu? Co podobało jej się najbardziej? Jakiej przygody nigdy nie zapomni? Zapraszamy do poznania naszej przewodniczki bliżej!

Skąd pojawił się pomysł tak niestandardowej podróży poślubnej?

Pomysł pojawił się podczas wyprawy rowerowej na Podlasie, jeszcze zanim byliśmy zaręczeni. Siedzieliśmy popijając wino i rozmawiając o tym, że nie chcemy całe życie pracować na etacie codziennie po 8 godzin i fajnie byłoby rzucić wszystko i wyjechać w daleką i długą podróż. Dobrym początkiem wydawał się ślub, a jak już ruszać w podróż poślubną to… od razu dookoła świata.

Jak długo miała trwać podróż w planach, a jak długo trwała naprawdę?

Od początku wiedzieliśmy, że nasze rodziny zgodzą się tylko na jedne święta Bożego Narodzenia bez nas. Inaczej nam nie odpuszczą. Wyruszyliśmy pod koniec sierpnia 2014, a wróciliśmy po 15 miesiącach w grudniu 2015, oczywiście przed świętami. Właściwie można uznać, że podróż trwała dokładnie tyle czasu, ile zaplanowaliśmy. Chociaż mieliśmy ruszyć na początku sierpnia, ale ciągle przekładaliśmy wyjazd o tydzień, organizując kolejne imprezy pożegnalne. W końcu po jednej z nich spakowani na szybko ruszyliśmy w kierunku Rygi.

Które miejsca na trasie były zaplanowane?

Obowiązkowe punkty założyliśmy dwa: trekking w Nepalu i Patagonię. Mieliśmy też przygotowaną listę krajów, które chcemy odwiedzić. Na początku ruszyliśmy autobusem do Rygi, później była Moskwa i kolej transsyberyjska do Irkucka. Kiedy po 4 dniach spędzonych w pociągu wysiedliśmy na Syberii nasz plan i wszystkie kupione wcześniej bilety się skończyły. Od tego momentu wiedzieliśmy do jakiego kolejnego kraju jedziemy, ale co w nim zobaczymy planowaliśmy dopiero po przekroczeniu granicy. Po Rosji przyszedł czas na Mongolię, Chiny, Nepal, Indie, Sri Lankę, Malezję, Indonezję, następnie Australię i Nową Zelandię. Święta wielkanocne spędziliśmy u mojej siostry w Kanadzie, potem były Stany Zjednoczone, Meksyk, Kuba, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Kolumbia, Ekwador, Peru, Boliwia, Chile i Argentyna. W wielu miejscach odwiedzali nas znajomi albo rodzina, przyłączając się do danej części naszej podróży. I tak na przykład mój brat był z nami w Indiach podczas świąt Bożego Narodzenia, mama na Sri Lance, w Australii odwiedziliśmy kolegę Łukasza, a w nowej Zelandii jego kuzynkę. Wiedzieliśmy, że w lipcu nasi znajomi będą na Kubie, a mój brat dołączy do nas ponownie w październiku w Peru. Na sam koniec przez Patagonię przejechaliśmy z moją szwagierką i jej mężem. Odpuściliśmy tylko Filipiny, bo choć były na naszej liście to zamieniliśmy je na więcej wysp do zobaczenia w Indonezji.

A które z miejsc pojawiły się spontanicznie na Waszej drodze?

Właściwie to nie było dużych zmian poza… zmianą planowanego kierunku zwiedzania Ameryk z południa na północ. Na trekkingu w Nepalu poznaliśmy Chilijczyka, który polecił nam odwrócić kolejność trasy, bo zgodnie z naszym planem Patagonia wypadała południowoamerykańską zimą, stąd zamiast spędzić z moją siostrą w Kanadzie czas przed Gwiazdką wylądowaliśmy u niej na Wielkanoc. Nie planowaliśmy Nikaragui. Naczytaliśmy się o niebezpieczeństwach w krajach Ameryki Centralnej i pewnie ominęlibyśmy ten piękny kraj, gdyby nie to, że po drodze nasłuchaliśmy się o tym kraju naprawdę dużo dobrego. I to okazało się strzałem w dziesiątkę, bo Nikaragua podobała mi się bardziej niż Kostaryka czy Panama.

Gdybyś miała wybrać najlepszą przygodę w tej podróży…

Pierwsze co przychodzi mi na myśl to trekking wokół Annapurny oraz do base campu pod Annapurną. Wędrówka trwała 23 dni. Każdego dnia budziliśmy się ze słońcem i zasypialiśmy z jego zachodem. Jedynym naszym zmartwieniem było to, że gdzieś trzeba dojść, musimy zjeść i znaleźć dach nad głową, to było takie poczucie beztroski, bez dostępu do internetu, czy zasięgu w komórce. Na szlaku poznaliśmy też wielu ciekawych ludzi między innymi parę z Bułgarii, która zaprosiła nas kilka lat później na swoje wesele i do dziś utrzymujemy kontakt.

Czy masz jakieś swoje ulubione miejsce, które byś poleciła?

Zdecydowanie Nepal! Wszyscy myślą, że to tylko Himalaje, tymczasem trzeba powiedzieć, że Nepalczycy to bardzo fajni, ciepli i serdeczni ludzie, regionalna kuchnia jest znakomita, a jak wysiada się z samolotu w Katmandu to uderza człowieka wysoka temperatura, a wszędzie rosną palmy. Architektura miast takich jak Bakhtapur i Patan zaskakuje bogactwem zdobień budynków, rzeźb, każde podwórko jest swego rodzaju perełką. Podczas wędrówki można przeżyć wszystkie pory roku. W Pokharze, skąd wychodzi się na szlak Annapurna Circuit, doświadczamy upałów i letniej zieleni, dalej krajobraz dominują pola ryżowe i bananowce. Wyżej wszystko kwitnie jak na wiosnę, potem kolory bledną, robi się buro jak jesienią, a kiedy osiąga się najwyższą przełęcz na trasie (Thorung La, 5416 m n.p.m.) to brodzi się w śniegu po kolana! Na południu Nepalu można obserwować słonie, nosorożce, tygrysy i krokodyle. Dla mnie to było spore zaskoczenie. Miłym zaskoczeniem była też Nikaragua, którą poleciłabym na surfing, a z aktywności warto wybrać się na volcano boarding (zjazd na desce z wulkanu).

Jak reagowali ludzie spotkani po drodze na informację o Waszej nietypowej podróży poślubnej?

Właściwie różnie. W kolei transsyberyjskiej nasi współpasażerowie byli w szoku i mówili, że powinniśmy byli jechać do Tunezji albo Egiptu. Inni napotkani podróżnicy zazdrościli, że mamy tyle czasu na jeżdżenie po świecie. Spotkaliśmy też starsze małżeństwo, które opowiedziało nam o innym małżeństwie, które po powrocie z 8-miesięcznej podróży się rozwiodło. Oczywiście życzyli, żeby nam się jednak udało (śmiech).

No właśnie- a co na to rodzina i przyjaciele?

Rodzina spanikowała. Na początku nie wierzyli, że naprawdę wyjeżdżamy w tę podróż. Przyjaciele często mówili, że nie zdecydowaliby się na taki krok. Zdaniem wielu wybraliśmy kraje trudne i może nie do końca kojarzące się z destynacjami na miodowy miesiąc.

Dokąd chciałabyś wrócić?

Wszędzie. W każdym miejscu było coś do czego warto wrócić albo odwiedzaliśmy kraje tak duże, że mieliśmy świadomość, że nie uda nam się naraz zobaczyć wszystkiego. W Nepalu można zrobić więcej trekkingów, w Indonezji odwiedzić więcej wysp, w Patagonii byliśmy tylko na południu, a przecież można ruszyć także na północ. Nie ma miejsca, w które nie chciałabym wrócić.

Czy taka podróż ma jakieś wady?

Tak. Tracisz to co się dzieje tutaj, moja mama w tym czasie obchodziła swoją 60tkę, ktoś w rodzinie umarł, przyjaciele pobierają się, rodzą im się dzieci, a te, które były małe przed naszym wyjazdem po powrocie nas nie poznawały. Nie można uczestniczyć w życiu rodziny i przyjaciół na odległość. Nic nie będzie czekało. Ale to też zaleta, bo uwalniasz się od problemów tutaj. Będąc daleko nie angażujesz się tak w problemy innych, a zmartwienia codzienne to zupełnie inna kategoria.

Za czym tęskni się w takiej podróży?

Za tatarem … i za smalcem, kiełbasą (śmiech). Każdy kto do nas dojeżdżał przywoził nam kiełbasę! A tak bardziej poważnie to zawsze tęskni się za tym, czego aktualnie brakuje. To zazwyczaj bardzo proste rzeczy. W Nowej Zelandii spaliśmy pod namiotem, była jesień, orkan, a my tęskniliśmy za suchym miejscem do spania, na które nie było nas stać. W Nepalu w chacie na wysokości 4800 m n.p.m. przy temperaturze minus 20 stopni tęskniłam za ciepłem, chociażby w postaci małego piecyka w pomieszczeniu obok.

Jakie kierunki podróży poleciłabyś nowożeńcom (tym szalonym i tym mniej)?

Zależy czego oczekują. Dla mniej szalonych zdecydowanie Indonezja. Jest łatwa i przyjemna do podróżowania. Dobra infrastruktura, surfing, bajeczna przyroda i kultura sprawiają, że to dobry kierunek dla nowożeńców. Z mojej strony jednak polecałabym, żeby nie skupiać się tylko na Bali, ale odwiedzić także Jawę czy Sumatrę, które mają zupełnie inny charakter. Żądnym przygód poleciłabym Boliwię. Mnie zachwyciła mieszanka kulturowa w tym kraju. Nigdy nie zapomnę widoków na Salar de Uyuni, pociągów zostawionych w środku pustyni, kolorowych lagun, flamingów, tęczowych gór. Z drugiej strony można zafundować sobie przejazd zdezelowanym autobusem na skraju przepaści, żeby dostać się do łodzi, a nią w głąb amazońskiej dżungli. W La Paz wrażenie zrobił na mnie Targ Czarownic, gdzie można kupić rzeczy, o których mi się nawet nie śniło! No i oczywiście imponujące Jezioro Titicaca, które chciałam zobaczyć od czasu gdy pierwszy raz usłyszałam o nim na lekcji geografii w szkole podstawowej.

Czy ciężko z takiej podróży wrócić?

Tak … i nie. Ostatnie tygodnie tęskni się za domem i planuje rzeczy do zrobienia po powrocie – długi prysznic we własnej łazience, spanie w swoim łóżku. Ostatnie 5 dni w Buenos Aires było nostalgiczne. Odliczaliśmy każdy dzień próbując robić podsumowania. Najpierw ciężko było się przestawić na powrót z południowoamerykańskiego lata w sam środek polskiej zimy. Potem trzeba było wrócić do normalnego trybu pracy. Po całych dniach spędzanych na zewnątrz trzeba było wytrzymać 8 godzin w biurze. Wróciliśmy też do rodziców, bo nie mieliśmy własnego mieszkania i przyszło nam zacząć spłacać długi, które zaciągnęliśmy pod koniec podróży.

Jak odnaleźć się po powrocie?

To nie jest łatwe, ale trzeba skupić się na swoich pasjach i wykorzystywać wolny czas jak tylko się da. My przy każdej dobrej okazji wyjeżdżamy na weekend, organizujemy sobie aktywności – narty, wspinanie, trekking. Oboje zapisaliśmy się też na lekcje języka hiszpańskiego, bo chcielibyśmy wrócić do Ameryki Południowej i móc swobodnie rozmawiać z ludźmi.

Czy wybrałabyś się po raz drugi w tak długą podróż?

Absolutnie tak!